Nadeszły w końcu upragnione przez wszystkich Święta Bożego Narodzenia. Niegdyś czekało się na nie z wielkim utęsknieniem by spędzić ten magiczny czas w gronie rodzinnym, pośpiewać kolędy, zasmakować 12 wigilijnych potraw, a na zwieńczenie dnia udać się na pasterkę, by nie zapomnieć o prawdziwym ich przesłaniu. Dziś wydaje mi się, że każdy z nas już o tym zapomniał. Na ulicach panuje istny gwar, śnieg skrzypi pod butami przechodnich, a ludzie pośpieszają się nawzajem, by tylko zdążyć zrobić wielkie zakupy i prezenty pod choinkę.
Stałam oparta o ścianę z kubkiem gorącej herbaty w rękach i przyglądałam się panoramie Bełchatowa za oknem. Biały puch osadzał się na dachach , samochodach, drzewach, a nawet na ludzkich głowach, jakby starał się ubrać wszystkie elementy krajobrazu w identyczny, nieskazitelny strój. Dopełniało go sino-szare niebo, z rzadka odwiedzane przez nieśmiałe Słońce, którego promienie zdawały się posłusznie uznawać swoją gorszą pozycję. Kobierce z bieli pokrywały miasto cienkim kocem. Miejskie ulice zamieniały się w biało-szarawą ślizgawkę, a pokryte śnieżną czapą dachy domów zaczynały sprawiać wrażenie ogromnych zasp. Śnieg wydawał się ubierać nagie, bezlistne gałęzie i otulać je, a także kołysać do snu stwardniałą ziemię. Chodniki zapełniały się anonimowymi postaciami , ukrywającymi się w kokonach płaszczy, futer, czapek i szalików.
-Blanka!-usłyszałam donośny głos Ingi, który przywrócił mnie do rzeczywistości.
-Co się stało?-odparłam wciąż wpatrując się w szybę, na której pojawiało się coraz więcej wyjątkowych i pięknych płatków.
-Gdzie spędzasz dzisiejszą Wigilię?-usiadła na parapecie i wbiła we mnie przeszywające spojrzenie. -Wiesz, że nie pozwolę ci tu zostać samej.
-Wspominałaś mi już o tym-wzruszyłam ramionami zamaczając kąciki ust w cieczy. -Jadę do Łodzi.
-To świetnie-wyszczerzyła się i zamknęła mnie w szczelnym, ciepłym uścisku.
Wspaniale-pomyślałam, choć tak naprawdę nie miałam najmniejszej ochoty odwiedzać rodzinę. Za każdym razem, gdy przekraczałam próg rodzinnego domu, czułam się jakbym cofała się wstecz i powracała do przeszłości, o której chciałam jak najszybciej zapomnieć. Wymazać z pamięci, na zawsze.
-Idę się spakować-posłałam przyjaciółce serdeczny uśmiech i powędrowałam do swojego pokoju, kładąc jeszcze wcześniej kubek na kuchennym blacie.
Usiadłam na łóżku i pochwyciłam w ręce swoją wieloletnią klasyczną gitarę. Zamknęłam oczy i delikatnie przejechałam koniuszkami palców po strunach, by po chwili wydobyć z nich donośny dźwięk (link) i oddać się cała muzyce. Muzyka. To właśnie ona daję mi siłę w tych najtrudniejszych momentach. Jest moją własną odskocznią od życia, problemów. Gdy śpiewam nie muszę nikogo udawać, jestem sobą. Mimo, że grywanie wieczorami w knajpie pełnej obleśnych samców nie jest moim skrytym marzeniem, to jednak mam małą satysfakcję, że moja ciężka praca nie idzie na marne.
-Brawo pani Radecko! Świetna piosenka, świetny koncert. Wspaniałe widowisko! To zaszczyt móc słuchać tak wybitną wokalistkę!-przerwałam natychmiast granie, gdy ujrzałam klaskającą głośno Ingę.
-Wariatka!-parsknęłam śmiechem i rzuciłam w nią różową poduszką.
-Miałaś się pakować-złapała ją tuż przed twarzą i odrzuciła w kąt.
Odłożyłam gitarę pod łóżko i wstałam ze swojego miejsca, podchodząc do przestronnej szafy. Lustrowałam wzrokiem dolną półkę, aż zauważyłam średnich rozmiarów walizkę na kółkach w kolorowe wzory. Wyjęłam ją i powoli zaczęłam składać potrzebne mi rzeczy.
-Właśnie to robię-wystawiłam w jej stronę język i kontynuowałam zajęcie.
-Nie przeszkadzam-mrugnęła okiem i znikła z mojego pola widzenia.
Westchnęłam zrezygnowana wrzucając z obojętnością ubrania. Po 20 minutach, gdy już byłam gotowa złapałam za rączkę od torby i skierowałam się w stronę drzwi wyjściowych.
-To widzimy się za 3 dni-przytuliłam mocno współlokatorkę i poklepałam delikatnie po plecach.
-Przynajmniej zdążysz za mną zatęsknić-rzekła podając mi czarny płaszczyk. -Trzymaj się tam.
Nałożyłam jeszcze czapkę, szalik, rękawiczki oraz buty i wyszłam z mieszkania machając przyjaciółce na odchodne. Wsadziłam do samochodu Suzuki swój bagaż i usiadłam na miejscu kierowcy, przekręciłam kluczyki w stacyjce i włączyłam się do ruchu drogowego. Do szpitala nigdy nie jeździłam autem, bo wolałam się przespacerować, by dotlenić organizm.
Zatrzymałam się przed jednym z supermarketów, gdyż z pustymi rękami nawet do rodziny niezręcznie by było pójść. Schowałam ręce do kieszeni i szłam w stronę Tesco. W pewnej chwili moją uwagę przykuł pewien mały chłopczyk skulony pod bandami reklamowymi rozglądający się energicznie na wszystkie strony. Miał bujną blond czuprynkę i podpuchnięte od płaczu oczy. Mogłam dać swoją głowę uciąć, że skądś go kojarzyłam. Podeszłam cichutko do chłopca i przykucnęłam obok niego.
-Cześć-uśmiechnęłam się i wyciągnęłam z torebki chusteczki higieniczne, gdyż nie mogłam patrzeć jak biedak ręką wyciera smarki lecące z nosa.
-Dzień dobry-powiedział i spojrzał na mnie ze strachem. -Rodzice nie pozwalają rozmawiać mi z nieznajomymi.
-Spokojnie-wysunęłam w jego stronę materiał. -Chcę ci pomóc. Gdzie jest twoja mama?
-Byłem tu z tatą na zakupach. Wszedłem na chwilkę do sklepu z zabawkami, a gdy wróciłem to już go nie było-schował twarz w dłoniach i zaczął gorzko płakać.
Powoli głaskałam go po głowie i uspakajałam. Co za palant z tego ojca!-przyszło mi na myśl.
-Znajdziemy go-uśmiechnęłam się i powycierałam łzy z jego policzków. -Jak masz na imię?
-Oliwer-wyszlochał i przytulił się do mnie.
Blanka kretynko, przecież to jest syn Michała Winiarskiego! Skrzywiłam się na samą świadomość kolejnej konfrontacji z siatkarzem. Od tygodnia go nie widziałam, gdyż po naszym ostatnim spotkaniu Oliemu się poprawiło i na żądanie przyjmującego wypisano go ze szpitala.
Wstałam, złapałam chłopca za rączkę i pociągnęłam w górę.
-Mam nadzieję, że lubisz dużo mówić?-pokiwał twierdząco głową. -No więc opowiadaj coś o sobie. Mamy dużo czasu.
Chodziliśmy różnymi ulicami i alejami, ale ku naszemu nieszczęściu nie mogliśmy nigdzie znaleźć wielkoluda. Jakby zapadł się pod ziemię. Natomiast chłopcu wciąż nie zamykała się buzia, a ja dowiadywałam coraz to nowych informacji na temat jego życiorysu. Od początku wydawał mi się przemiłym i słodki dzieckiem, co tylko utwierdziło mnie w tym fakcie. Uwielbiał sport i w przyszłości chciałby tak jak tata grać w reprezentacji Polski.
-Bo wiesz-ścisnął mocniej mą dłoń i schował swój tryskający energią wzrok w czubkach butów. -Mama ostatnio coraz gorzej się czuje. Chodzi jakaś smutna, nie chce jeść i pić. Myślę, że oni z tatą już się nie kochają.
Zamurowało mnie. Poczułam się, jakby ktoś przyłożył mi ostry nóż do gardła.
-Wiesz, może twoi rodzice przeżywają pewien kryzys. Zdarza się to bardzo często i jest nieuniknione, ale pewna jestem, że kochają najmocniej na świecie właśnie ciebie i to się nigdy nie zmieni-uśmiechnęłam się.
-Oliwer?!-usłyszeliśmy niski głos za sobą.
Odwróciłam się i ujrzałam Winiarskiego we własnej osobie. Poczułam, jak moje serce zaczyna bić coraz szybciej. Miał poczochrane brązowe włosy, otworzył usta ze zdziwienia, a swoje nieziemskie tęczówki pełne niepokoju wpił w moją osobę.
-Tata!-krzyknął malec i wtulił się natychmiast w siatkarza, który ewidentnie poczuł ulgę.
Przystępowałam z nogi na nogę, nie mogąc postać w miejscu. Powoli zaczynało robić mi się coraz zimniej, a odmrożone palce u nóg dawały się we znaki. Spojrzałam na telefon, który wskazał godzinę czternastą. Musiałam już iść, bo inaczej nie zdążyłabym dojechać do Łodzi.
-Chciałaś uprowadzić mojego syna?-złapał mnie mocno za ramię.
-Jeżeli masz zamiar wrzeszczeń na mnie bez powodu to daruj sobie. Pomogłam mu, bo malec nie wiedział co robić. Nie moja wina, że jest pan nieodpowiedzialną osobą-wzruszyłam rękoma.
-Blanka mówi prawdę!-wtrącił się Oli wychylając się zza pleców Michała. -Znaleźliśmy cie razem.
Zaśmiałam się cichutko i dłonią zmierzchwiłam jego włosy.
-A więc, chyba powinienem panią przeprosić-zmieszał się siatkarz i podrapał po karku. -Przepraszam, jest mi przykro.
-Można powiedzieć, że jesteśmy kwita-mrugnęłam do niego okiem i ominęłam ich uświadamiając sobie, że czas płynie coraz szybciej na moją niekorzyść.
-Pójdziesz z nami na kawę?-spytał szybko po namowach Oliego. -W ramach rekompensaty.
-Tak! Blanka! Chodź!-chłopiec ciągnął za rękaw swojego tatę, przy czym wprawił mnie w rozbawienie.
-Nie mogę, może innym razem. Muszę jechać. Cześć mały! Wesołych Świąt!-pomachałam mu ręką i skierowałam się w stronę Tesco.
Przez chwilę czułam jeszcze na sobie Jego wzrok. Smutny i rozczarowany wzrok. Wydawało mi się, że żałował, że się nie zgodziłam na spotkanie. Nie nalegał, ale swoim spojrzeniem, przekonywał mnie do zmiany decyzji. Jakaś wewnętrzna siła bardzo chciała pobyć w jego towarzystwie. Ale dlaczego? On miał żonę, dziecko i wspaniałą rodzinę. Nie mogłabym spać spokojnie z świadomością, że zabieram im czas, który by mogli spędzić razem. Właśnie z tego powodu szybko zgoniłam się za wcześniejsze rozmyślania.
Pokonując kilometry wciąż zastanawiałam się, jak to będzie gdy wjadę na rodzinne podwórko. Gdy ujrzę mamę, która w moich myślach wywoływała najwięcej wspomnieć. Gdy spotkam się po tylu latach z rodziną. Co będzie, gdy ujrzę Jego? Przez moje ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Bałam się, choć nie powinnam. Chyba teraz nadszedł ten moment, by stawić czoło przeszłości. By zagoić nadal świeże rany.
Blanka, dasz radę! Bo jak nie ty, to kto?
___________________________________________________________________
Jest i kolejny! :D
Musiałam troszkę przyśpieszyć akcję, ale tylko o tydzień. :)
Brawo Isia i Jerzyk! Piękne rozpoczęcie sezonu. :3
Siatkarze-drużyną roku, Antiga wraz z Kruczkiem- trenerem roku, Mika-nominowany w kategorii Odkrycie roku, MŚ- najlepiej zorganizowana impreza roku i oczywiście Wlazły wśród 10 najlepszych sportowców.
Cudny mieliśmy ten 2014, nieprawdaż? <3
Pozdrawiam! ;*
sobota, 10 stycznia 2015
piątek, 2 stycznia 2015
2 ROZDZIAŁ
Siedziałam w swoim gabinecie pochłonięta przebiegiem choroby 17-letniej dziewczyny z białaczką. Wciąż zastanawiałam się, jakie to życie bywa okrutne. Masz plany, zainteresowania, chłopaka, rodzinę, szkołę, a w ciągu kilku minut możesz to wszystko stracić lub odłożyć na drugi plan, po niespodziewanej wizycie złośliwego kumpla. Sama nie wiem, jakbym zareagowała gdyby u mnie wykryto owego wirusa. Słowo ''rak'', czy ''nowotwór'' wciąż budzi przerażenie. Przez wszystkich którzy usłyszą taką diagnozę jest to jak wyrok śmierci. Choć faktycznie jest to choroba bardzo groźna, to jednak w porę wykryta oraz konsekwentnie i właściwie leczona, pozwala na powrót do zdrowia. Najważniejsze by walczyć i nie poddawać się. Oczywiście, łatwo ci mówić Blanko. Jesteś osobą pełną zdrowia, posiadającą wystarczająco dużo, a wciąż narzekającą.
Nagle ktoś jak oparzony wpadł do pomieszczenia. Spojrzałam krzywo na Kamilę.
-Dyrektor cie wzywa-wysapała podchodząc do stołu i wzięła łyk wciąż jeszcze gorącej herbaty z cytryną, którą zaparzyłam sobie po incydencie z nieznajomym.
-Już idę-odparłam lekko zdziwiona.
Poskładałam notatki, by nie walały się po całym stole i nie przypominały istnego chlewu.
-Mogłabyś się przebrać? Straszysz ludzi-rzuciła okiem na jeszcze lekko widoczną plamę znajdującą się na mojej śnieżnobiałej bluzce.
Poczułam, jak me policzki oblewa delikatny rumieniec, więc wyszłam prędko z pokoju chcąc uniknąć zbędnych pytań, którymi pewnie szczyciłaby się ordynator i udałam się w kierunku szefa.
Byłam istnym kłębkiem nerwów. Nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać i co jest przyczyną owego wezwania. Od początku wydawało mi się, że swoją pracę i przydzielone mi obowiązki wypełniam sumiennie i na tyle dobrze, by zadowoliły panią Gościniak. Może jednak się myliłam?
Stanęłam przed wielkimi dębowymi drzwiami, do których przygwożdżona była mała tabliczka z wygrawerowanym napisem Dr. Kamil Kawalec i tak jak nie dawno obleciał mnie niemały strach, a nogi odmówiły posłuszeństwa. Odetchnęłam głęboko i zapukałam kilkakrotnie,a po usłyszeniu donośnego Proszę wpełzłam do środka. Ktoś z boku mógłby pomyśleć, że wyglądałam jakbym szła na wyrok śmierci, ale w tamtym momencie właśnie tak mi się wydawało.
-Dzień dobry-wymamrotałam.
-Witam, siadaj-uniósł kąciki ust ku górze i wskazał ręką na duży brunatny fotel na przeciwko jego biurka.
Usadowiłam się na sofie i spojrzałam pytająco na mężczyznę. Wydawało mi się, że przygląda się mojej osobie bardzo uważnie. Miał krótkie ciemne włosy, piwne oczy i jasną cerę. Z rys jego twarzy mogłam wywnioskować, że był w młodym wieku.
-Pewnie zastanawiasz się dlaczego cię wezwałem-zaczął bezpretensjonalnie stukać palcami o blat. Pokiwałam twierdząco głową dając mu znak, by kontynuował. -Otóż, ktoś złożył na ciebie skargę.
-Słucham?-nie dowierzałam w to co usłyszałam, a moje źrenice wielkością przypominały pięciozłotówki.
-Pan Michał Winiarski oświadczył nam, że potraktowałaś go w nieczuły i bardzo wredny sposób oraz nie okazałaś mu pomocy-odparł i oparł głowę o siedzisko. -Toczyliście rozmowę o jego dziecku, które miało w tamtym momencie operację.
Gotowało się wręcz we mnie. Próbowałam zapomnieć o spotkaniu z osobnikiem wyżej wymienionym. Miałam wielką ochotę wygarnąć mu teraz jeszcze raz wszystko i ani trochę nie żałowałam wypowiedzianych przeze mnie wtedy słów. Uważam, że nie wygłosiłam nic, co by mogło go urazić. Przedstawiłam mu jedynie swoje zdanie, które prawdopodobnie musiało utwierdzić go w świadomości, że nie myśli racjonalnie. Nerwowo rozglądałam się po pomieszczeniu. Nie mogłam ukoić swoich nerwów, choć na zewnątrz wcale nie okazywałam zbyt większych emocji.
-To nie tak-odezwałam się.
-Nie chcę słuchać wyjaśnień-przerwał mi, przy czym wprowadził mnie w osłupienie.- Zależy nam na jak najlepszym wypromowaniu szpitala, a wchodzenie w kłótnie z wybitnym siatkarzem ani trochę nam nie pomoże.
-Więc, co mam zrobić?-wzruszyłam bezradnie rękoma.
-Przeprosić-uśmiechnął się sztucznie i zanurzył nos w swoich notatkach.-Znajdziesz go w sali numer 123.
Chciałam coś jeszcze dodać, ale prześwidrował mnie wzrokiem, który nie tolerował sprzeciwu.
-To wszystko?-stanęłam w progu i chwyciłam za metalową klamkę.
-Tak, możesz iść-po usłyszeniu tych słów natychmiast opuściłam gabinet.
Oparłam się o wyblakłą ścianę i stałam przez chwilę w bezruchu układając to sobie wszystko w głowie. Nie miałam najmniejszej ochoty tłumaczyć się ze swojego zachowania, skoro nic złego nie zrobiłam. Jednak jakaś wewnętrzna siła kazała mi dumę oraz honor odłożyć na bok, by nie stracić posady.
Ruszyłam ku wskazanej izbie wciąż nie dowierzając w usłyszane przedtem słowa. Gdy dotarłam na miejsce moim oczom ukazał się mały chłopiec podpięty do kilku kroplówek. Rączki malca były lekko posiniaczone, a spod bandażów oplatających głowę, wystawały bujne blond loczki. Obok niego siedział On, delikatnie trzymając go za dłoń. Był załamany i ledwo co powstrzymywał się od płaczu. Próbował być silny i wczepić synowi swoją wolę walki, lecz na próżno. Cała ma odwaga i chęć przeniesienia poczucia winy na siatkarza prysnęłam jak bańka mydlana.
Cichutko weszłam do pomieszczenia i poczułam Jego wzrok na sobie.
-Dzień dobry-wydukałam uśmiechając się nikle.
-Dzień dobry-odpowiedział nieco zachrypniętym głosem.
Usiadłam po drugiej stronie szpitalnego łóżka i wpatrywałam się w monitor ukazujący funkcję życiowe.
-To moja wina-odparł brunet. -Wróciłem z meczu. Chciałem się nacieszyć obecnością Oliego, prawie nigdy mnie nie ma gdy on mnie potrzebuję. Zawsze jestem w rozjazdach. Nie powinienem nazywać się ojcem.
-Nie masz prawa tak mówić-oburzyłam się odwracając się w Jego stronę.
-Nie wiesz, jak to jest gdy widzisz swoich bliskich kilkanaście razy w roku. Czy żałuję, że oddałem się cały siatkówce? Nie, ani trochę. W końcu to moja praca, którą kocham nad życie.
-Nie masz ochoty rzucić nie raz tego wszystkiego i być z rodziną?-spytałam z ciekawością na niego spoglądając.
Co raz bardziej mnie zadziwiał. Nigdy lubiłam sportu. W gimnazjum, czy podstawówce nie udzielałam się zbytnio na zajęciach wychowania fizycznego i unikałam jakiegokolwiek wysiłku. To była wręcz moja pięta Achillesa. Może i dlatego byłam najmniej lubiana i wyśmiewana przez rówieśników. Oni nie mogli zrozumieć, dlaczego zamiast grać w koszykówkę na dworze, czy tenisa, wolałam główkować nad zadaniami z matematyki lub realizować materiały z biologii.
-Każdy sportowiec pewnie nie raz tak ma-wzruszył ramionami. -Ale ja bym nie potrafił. Uwielbiam robić to co robię i to sprawia mi wielką przyjemność. Mimo ciężkich treningów, wylanych hektolitrów potu, to wiem, że przyjdzie dzień, gdzie odpłaci mi się to sukcesami.
-Rozumiem-pokiwałam głową . -Powiesz, co się dalej wydarzyło?
-Graliśmy w domu w piłkę nożną-kontynuował. -Wiesz, że chciałby w przyszłości być piłkarzem, ewentualnie siatkarzem?
-Będzie, zobaczysz- uniosłam kąciki ust ku górze.
-Wiem, będzie wspaniałym człowiekiem niezależnie jaki zawód wybierze-starł szybko spływającą samotną łzę. -On wtedy kopnął w piłkę tak mocno, że uderzyła w jedną z moich statuetek. Zacząłem go gonić, oczywiście dla zabawy, nie przewidziałem tego, że poślizgnie się na schodach i upadnie.
Nie wiem co mną kierowało, ale wstałam natychmiast z miejsca i podeszłam do mężczyzny kładąc dłoń na jego ramieniu. Strasznie zrobiło mi się go szkoda, a moja złość momentalnie minęła. Zaczęłam go podziwiać, jako człowieka poświęcającego się swojej pasji. Ku mojemu zaskoczeniu On wtulił się we mnie, jak małe dziecko potrzebujące wsparcia i pomocy.
-Wszystko będzie dobrze-szepnęłam klepiąc go pokrzepiająco po plecach.
-Mam nadzieję-odsunął się ode mnie i uśmiechnął niewinnie.
-Chciałam też pana przeprosić za moje niestosowne i złe zachowanie, którym pewnie sprawiłam panu wielką przykrość-rzekłam po chwili i utkwiłam wzrok w czubkach swych butów.
Dużo czasu zajęło mi zanim skleiłam w głowie to zdanie, a potok niewyrafinowanych słów, którymi miałam go obarczać zniknął pod spojrzeniem Jego intensywnych błękitnych tęczówek.
-Wybaczam-zaśmiał się się cicho i wysunął swoją długą, dużą dłoń w moją stronę. -Michał jestem.
Spojrzałam na plastikowy zegarek znajdujący się na półce, który wskazał godzinę 16.
-Muszę już iść-ominęłam go.
Otworzyłam drzwi, a do pomieszczenia wparowała niska szatynka.
-Misiek, kochanie-załkała, jak przypuszczałam jego żona i przytuliła go mocno do siebie.
Poczułam się niezręcznie, więc opuściłam salę zostawiając ich samych.
Wracałam do domu około godziny dwudziestej. Było przeraźliwie zimno. Niebo miało złowieszczy wygląd, deszcz stukał cicho o szyby domów, a nagie gałęzie drzew kurczyły się w lodowatym powietrzu. Czułam głód, zmęczenie i marzyłam tylko o tym by znaleźć się już w cieplutkim łóżeczku okryta puchową kołdrą. Zaszłam jeszcze do Lidla, by zrobić większe zakupy, gdyż nasza lodówka świeciła zapewne pustkami. Przechodząc obok regałów z gazetami moją uwagę przykuł ''Przegląd sportowy'' z Michałem Winiarskim na okładce. Nie zastanawiając się długo pochwyciłam magazyn i wrzuciłam go do koszyka, a następnie powędrowałam dalej w stronę kasy.
Po 20 minutach wreszcie dotarłam do mieszkania.
-Wróciłam!-krzyknęłam do przyjaciółki, która oglądała telewizję.
Położyłam reklamówki w kuchni i zajęłam się rozpakowywaniem zakupionych przeze mnie rzeczy.
-Dla kogo to?-odezwała się nagle Inga spoglądając na makulaturę znajdującą się na blacie. -Nie wiedziałam, że zaczęłaś interesować się sportem.
-Bo nie zaczęłam-wzruszyłam ramionami. -Paweł mnie prosił, bym mu kupiła.
-Od kiedy on nie może do sklepu chodzić? Nogi złamał?-zmarszczyła brwi.
-Daj już spokój-westchnęłam. -Chciał to kupiłam.
Okłamałam ją, bo była typem osoby, która za wszelką cenę chciała wszystko wiedzieć. Nie darowałaby sobie złośliwych komentarzy. Pewnie musiałabym jej też opowiedzieć o zajściu z siatkarzem, co było dla mnie zbędne i niepotrzebne nikomu. Było, minęło. W duszy miałam nadzieję, że już go nigdy nie napotkam na swojej drodze.
Zjadłam kolację w postaci płatków kukurydzianych z mlekiem, chwilę porozmawiałam ze swoją współlokatorką i zamknęłam się w moim lokum trzymając w dłoniach czasopismo. Otworzyłam na stronie z przyjmującym w roli głównej i zatopiłam się w czytaniu . Nigdy nie sądziłam, że ktoś z taką szczerością może opowiadać o swojej pasji i hobby. Zatrzymałam wzrok na jednym z jego odpowiedzi na zadane mu pytania przez dziennikarza.
___________________________________________________________
Witajcie kochane! :*
Chciałabym Wam bardzo mocno podziękować za komentarze pod 1 rozdziałem. Jesteście wspaniałe, aż chcę się tworzyć kolejne epizody! :D
Życzę też wszystkim wielu wspaniałych chwil w Nowym Roku! By był jeszcze piękniejszy, niż ten 2014, co oczywiście będzie bardzo trudne. Spełnienia najskrytszych marzeń, uśmiechu co dnia, pogodnych i radosnych dni oraz duuuużo weny.
Relacje Michała i Blanki się nieco ociepliły. Czy na długo i czy w ogóle się jeszcze spotkają? Muszą.
Pozdrawiam i ściskam! ;**
Nagle ktoś jak oparzony wpadł do pomieszczenia. Spojrzałam krzywo na Kamilę.
-Dyrektor cie wzywa-wysapała podchodząc do stołu i wzięła łyk wciąż jeszcze gorącej herbaty z cytryną, którą zaparzyłam sobie po incydencie z nieznajomym.
-Już idę-odparłam lekko zdziwiona.
Poskładałam notatki, by nie walały się po całym stole i nie przypominały istnego chlewu.
-Mogłabyś się przebrać? Straszysz ludzi-rzuciła okiem na jeszcze lekko widoczną plamę znajdującą się na mojej śnieżnobiałej bluzce.
Poczułam, jak me policzki oblewa delikatny rumieniec, więc wyszłam prędko z pokoju chcąc uniknąć zbędnych pytań, którymi pewnie szczyciłaby się ordynator i udałam się w kierunku szefa.
Byłam istnym kłębkiem nerwów. Nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać i co jest przyczyną owego wezwania. Od początku wydawało mi się, że swoją pracę i przydzielone mi obowiązki wypełniam sumiennie i na tyle dobrze, by zadowoliły panią Gościniak. Może jednak się myliłam?
Stanęłam przed wielkimi dębowymi drzwiami, do których przygwożdżona była mała tabliczka z wygrawerowanym napisem Dr. Kamil Kawalec i tak jak nie dawno obleciał mnie niemały strach, a nogi odmówiły posłuszeństwa. Odetchnęłam głęboko i zapukałam kilkakrotnie,a po usłyszeniu donośnego Proszę wpełzłam do środka. Ktoś z boku mógłby pomyśleć, że wyglądałam jakbym szła na wyrok śmierci, ale w tamtym momencie właśnie tak mi się wydawało.
-Dzień dobry-wymamrotałam.
-Witam, siadaj-uniósł kąciki ust ku górze i wskazał ręką na duży brunatny fotel na przeciwko jego biurka.
Usadowiłam się na sofie i spojrzałam pytająco na mężczyznę. Wydawało mi się, że przygląda się mojej osobie bardzo uważnie. Miał krótkie ciemne włosy, piwne oczy i jasną cerę. Z rys jego twarzy mogłam wywnioskować, że był w młodym wieku.
-Pewnie zastanawiasz się dlaczego cię wezwałem-zaczął bezpretensjonalnie stukać palcami o blat. Pokiwałam twierdząco głową dając mu znak, by kontynuował. -Otóż, ktoś złożył na ciebie skargę.
-Słucham?-nie dowierzałam w to co usłyszałam, a moje źrenice wielkością przypominały pięciozłotówki.
-Pan Michał Winiarski oświadczył nam, że potraktowałaś go w nieczuły i bardzo wredny sposób oraz nie okazałaś mu pomocy-odparł i oparł głowę o siedzisko. -Toczyliście rozmowę o jego dziecku, które miało w tamtym momencie operację.
Gotowało się wręcz we mnie. Próbowałam zapomnieć o spotkaniu z osobnikiem wyżej wymienionym. Miałam wielką ochotę wygarnąć mu teraz jeszcze raz wszystko i ani trochę nie żałowałam wypowiedzianych przeze mnie wtedy słów. Uważam, że nie wygłosiłam nic, co by mogło go urazić. Przedstawiłam mu jedynie swoje zdanie, które prawdopodobnie musiało utwierdzić go w świadomości, że nie myśli racjonalnie. Nerwowo rozglądałam się po pomieszczeniu. Nie mogłam ukoić swoich nerwów, choć na zewnątrz wcale nie okazywałam zbyt większych emocji.
-To nie tak-odezwałam się.
-Nie chcę słuchać wyjaśnień-przerwał mi, przy czym wprowadził mnie w osłupienie.- Zależy nam na jak najlepszym wypromowaniu szpitala, a wchodzenie w kłótnie z wybitnym siatkarzem ani trochę nam nie pomoże.
-Więc, co mam zrobić?-wzruszyłam bezradnie rękoma.
-Przeprosić-uśmiechnął się sztucznie i zanurzył nos w swoich notatkach.-Znajdziesz go w sali numer 123.
Chciałam coś jeszcze dodać, ale prześwidrował mnie wzrokiem, który nie tolerował sprzeciwu.
-To wszystko?-stanęłam w progu i chwyciłam za metalową klamkę.
-Tak, możesz iść-po usłyszeniu tych słów natychmiast opuściłam gabinet.
Oparłam się o wyblakłą ścianę i stałam przez chwilę w bezruchu układając to sobie wszystko w głowie. Nie miałam najmniejszej ochoty tłumaczyć się ze swojego zachowania, skoro nic złego nie zrobiłam. Jednak jakaś wewnętrzna siła kazała mi dumę oraz honor odłożyć na bok, by nie stracić posady.
Ruszyłam ku wskazanej izbie wciąż nie dowierzając w usłyszane przedtem słowa. Gdy dotarłam na miejsce moim oczom ukazał się mały chłopiec podpięty do kilku kroplówek. Rączki malca były lekko posiniaczone, a spod bandażów oplatających głowę, wystawały bujne blond loczki. Obok niego siedział On, delikatnie trzymając go za dłoń. Był załamany i ledwo co powstrzymywał się od płaczu. Próbował być silny i wczepić synowi swoją wolę walki, lecz na próżno. Cała ma odwaga i chęć przeniesienia poczucia winy na siatkarza prysnęłam jak bańka mydlana.
Cichutko weszłam do pomieszczenia i poczułam Jego wzrok na sobie.
-Dzień dobry-wydukałam uśmiechając się nikle.
-Dzień dobry-odpowiedział nieco zachrypniętym głosem.
Usiadłam po drugiej stronie szpitalnego łóżka i wpatrywałam się w monitor ukazujący funkcję życiowe.
-To moja wina-odparł brunet. -Wróciłem z meczu. Chciałem się nacieszyć obecnością Oliego, prawie nigdy mnie nie ma gdy on mnie potrzebuję. Zawsze jestem w rozjazdach. Nie powinienem nazywać się ojcem.
-Nie masz prawa tak mówić-oburzyłam się odwracając się w Jego stronę.
-Nie wiesz, jak to jest gdy widzisz swoich bliskich kilkanaście razy w roku. Czy żałuję, że oddałem się cały siatkówce? Nie, ani trochę. W końcu to moja praca, którą kocham nad życie.
-Nie masz ochoty rzucić nie raz tego wszystkiego i być z rodziną?-spytałam z ciekawością na niego spoglądając.
Co raz bardziej mnie zadziwiał. Nigdy lubiłam sportu. W gimnazjum, czy podstawówce nie udzielałam się zbytnio na zajęciach wychowania fizycznego i unikałam jakiegokolwiek wysiłku. To była wręcz moja pięta Achillesa. Może i dlatego byłam najmniej lubiana i wyśmiewana przez rówieśników. Oni nie mogli zrozumieć, dlaczego zamiast grać w koszykówkę na dworze, czy tenisa, wolałam główkować nad zadaniami z matematyki lub realizować materiały z biologii.
-Każdy sportowiec pewnie nie raz tak ma-wzruszył ramionami. -Ale ja bym nie potrafił. Uwielbiam robić to co robię i to sprawia mi wielką przyjemność. Mimo ciężkich treningów, wylanych hektolitrów potu, to wiem, że przyjdzie dzień, gdzie odpłaci mi się to sukcesami.
-Rozumiem-pokiwałam głową . -Powiesz, co się dalej wydarzyło?
-Graliśmy w domu w piłkę nożną-kontynuował. -Wiesz, że chciałby w przyszłości być piłkarzem, ewentualnie siatkarzem?
-Będzie, zobaczysz- uniosłam kąciki ust ku górze.
-Wiem, będzie wspaniałym człowiekiem niezależnie jaki zawód wybierze-starł szybko spływającą samotną łzę. -On wtedy kopnął w piłkę tak mocno, że uderzyła w jedną z moich statuetek. Zacząłem go gonić, oczywiście dla zabawy, nie przewidziałem tego, że poślizgnie się na schodach i upadnie.
Nie wiem co mną kierowało, ale wstałam natychmiast z miejsca i podeszłam do mężczyzny kładąc dłoń na jego ramieniu. Strasznie zrobiło mi się go szkoda, a moja złość momentalnie minęła. Zaczęłam go podziwiać, jako człowieka poświęcającego się swojej pasji. Ku mojemu zaskoczeniu On wtulił się we mnie, jak małe dziecko potrzebujące wsparcia i pomocy.
-Wszystko będzie dobrze-szepnęłam klepiąc go pokrzepiająco po plecach.
-Mam nadzieję-odsunął się ode mnie i uśmiechnął niewinnie.
-Chciałam też pana przeprosić za moje niestosowne i złe zachowanie, którym pewnie sprawiłam panu wielką przykrość-rzekłam po chwili i utkwiłam wzrok w czubkach swych butów.
Dużo czasu zajęło mi zanim skleiłam w głowie to zdanie, a potok niewyrafinowanych słów, którymi miałam go obarczać zniknął pod spojrzeniem Jego intensywnych błękitnych tęczówek.
-Wybaczam-zaśmiał się się cicho i wysunął swoją długą, dużą dłoń w moją stronę. -Michał jestem.
Spojrzałam na plastikowy zegarek znajdujący się na półce, który wskazał godzinę 16.
-Muszę już iść-ominęłam go.
Otworzyłam drzwi, a do pomieszczenia wparowała niska szatynka.
-Misiek, kochanie-załkała, jak przypuszczałam jego żona i przytuliła go mocno do siebie.
Poczułam się niezręcznie, więc opuściłam salę zostawiając ich samych.
Wracałam do domu około godziny dwudziestej. Było przeraźliwie zimno. Niebo miało złowieszczy wygląd, deszcz stukał cicho o szyby domów, a nagie gałęzie drzew kurczyły się w lodowatym powietrzu. Czułam głód, zmęczenie i marzyłam tylko o tym by znaleźć się już w cieplutkim łóżeczku okryta puchową kołdrą. Zaszłam jeszcze do Lidla, by zrobić większe zakupy, gdyż nasza lodówka świeciła zapewne pustkami. Przechodząc obok regałów z gazetami moją uwagę przykuł ''Przegląd sportowy'' z Michałem Winiarskim na okładce. Nie zastanawiając się długo pochwyciłam magazyn i wrzuciłam go do koszyka, a następnie powędrowałam dalej w stronę kasy.
Po 20 minutach wreszcie dotarłam do mieszkania.
-Wróciłam!-krzyknęłam do przyjaciółki, która oglądała telewizję.
Położyłam reklamówki w kuchni i zajęłam się rozpakowywaniem zakupionych przeze mnie rzeczy.
-Dla kogo to?-odezwała się nagle Inga spoglądając na makulaturę znajdującą się na blacie. -Nie wiedziałam, że zaczęłaś interesować się sportem.
-Bo nie zaczęłam-wzruszyłam ramionami. -Paweł mnie prosił, bym mu kupiła.
-Od kiedy on nie może do sklepu chodzić? Nogi złamał?-zmarszczyła brwi.
-Daj już spokój-westchnęłam. -Chciał to kupiłam.
Okłamałam ją, bo była typem osoby, która za wszelką cenę chciała wszystko wiedzieć. Nie darowałaby sobie złośliwych komentarzy. Pewnie musiałabym jej też opowiedzieć o zajściu z siatkarzem, co było dla mnie zbędne i niepotrzebne nikomu. Było, minęło. W duszy miałam nadzieję, że już go nigdy nie napotkam na swojej drodze.
Zjadłam kolację w postaci płatków kukurydzianych z mlekiem, chwilę porozmawiałam ze swoją współlokatorką i zamknęłam się w moim lokum trzymając w dłoniach czasopismo. Otworzyłam na stronie z przyjmującym w roli głównej i zatopiłam się w czytaniu . Nigdy nie sądziłam, że ktoś z taką szczerością może opowiadać o swojej pasji i hobby. Zatrzymałam wzrok na jednym z jego odpowiedzi na zadane mu pytania przez dziennikarza.
Bycie zawodowym sportowcem to spore wyzwanie, co jest najtrudniejsze w byciu profesjonalnym siatkarzem?
Jeśli mam wymienić najważniejsze rzeczy to moja praca ma wielki wpływ na zdrowie moją rodzinę. Popatrzcie na moim przykładzie, o czym mówię. Mam dziecko, lecz nie byłem przy porodzie, bo nie mogłem. Byłem w pracy... Nie widziałem, jak mój syn zaczynał chodzić czy mówić. Zabrakło mnie gdy szedł do przedszkola. Pierwszego dnia! Druga połowa jest z tego powodu narażona na straszne wyrzeczenia.
Musi być bardzo twarda.
Musi. Podobnie jak inne żony profesjonalnych sportowców i nie myślę tylko o siatkarzach.
Czy tak ci jest łatwiej łączyć sport z życiem rodzinnym?
Pewnie trochę tak. Ale jest tak, że moja rodzina musiała się podporządkować mojej pracy. Żona zmieniała szkoły, musiała z wielu rzeczy zrezygnować. Syn też traci - nie było mnie na Dniu Ojca, nie było mnie na jakimkolwiek przedstawieniu, takie chwile nas omijają. Ale mam nadzieję, że po zakończeniu kariery sobie wszystko odbijemy.
Poczułam dziwny ścisk w żołądku. Nie za bardzo potrafiłam słowami opisać, co on oznaczał. Zazdrość? Nie realne. Dlaczego miałabym być zazdrosna o faceta, którego tak naprawdę nie znałam? A może mimo wszystko chciałam go bliżej poznać, bo myślami wciąż wracałam do jego błękitnych tęczówek. Może pragnęłam być kochana. Znaleźć tą drugą połówkę, która wypełniałaby moje serce miłością i ciepłem, bym nie czuła się samotna, jak palec. Bym nie myślała o swojej przyszłości, jako starej pannie zamieszkującej opuszczoną kamienicę z pięćdziesięcioma kotami. Może właśnie powinnam zacząć myśleć bardziej optymistycznie. Znaleźć mężczyznę, który stanie się moim 36,6.
Rzuciłam gwałtownie brukowiec na podłogę i przykryłam się szczelniej kocem spoglądając na krajobraz za oknem, gdzie mrok zapanował już nad całym Bełchatowem.
Blanka, zejdź na ziemię! Odbiło ci totalnie! Jest dobrze, tak jak jest.
___________________________________________________________
Witajcie kochane! :*
Chciałabym Wam bardzo mocno podziękować za komentarze pod 1 rozdziałem. Jesteście wspaniałe, aż chcę się tworzyć kolejne epizody! :D
Życzę też wszystkim wielu wspaniałych chwil w Nowym Roku! By był jeszcze piękniejszy, niż ten 2014, co oczywiście będzie bardzo trudne. Spełnienia najskrytszych marzeń, uśmiechu co dnia, pogodnych i radosnych dni oraz duuuużo weny.
Relacje Michała i Blanki się nieco ociepliły. Czy na długo i czy w ogóle się jeszcze spotkają?
Pozdrawiam i ściskam! ;**
piątek, 26 grudnia 2014
1 ROZDZIAŁ
Obudziłam się z wielkim bólem głowy. Próbowałam się podnieść, ale dolegliwość nie pozwala mi na wykonywanie zbyt gwałtownych ruchów. Prawie żadnych ruchów. Kątem oka spojrzałam na zegarek znajdujący się przy łóżku obok lampki nocnej. Cholera-zaklęłam pod nosem i ruszyłam się natychmiast z miejsca, co prawdopodobnie równało się z wyczynem godnym wspinaczki na szczyt Mount Everest. Jak na złość wskazówki pokazały godzinę 9.10, a w pracy miałam zjawić się o dziesiątej. Z moim tygodniowym stażem na pewno spóźnienie byłoby idealną ideą. Podeszłam do okna i rozsunęłam błękitne zasłony chcąc wpuścić odrobinę świeżości do pokoju. Niestety, przeliczyłam się. Zamiast tętniącego do życia Bełchatowa moim oczom ukazał się obraz chlapy i szarugi. Niebo było zasnute ciemnymi chmurami, krople deszczu spływały ciurkiem po szybie, a wiatr targał drzewami na różne strony, jakby chciał uwolnić je spod ziemi. W końcu kogo ja próbowałam oszukać, był grudzień. Nienawidziłam takiej pogody, zapewne to przez nią czułam się dziś jak wrak człowieka. Nagle do moich nozdrzy dotarł zapach jajecznicy, więc jak urzeczona zmierzałam do kuchni, skąd pochodził aromat. Stanęłam w progu i przyglądałam się poczynaniom Ingi. Po czym podeszłam do kuchennej szafki i wyjęłam z niej Apap, w celu złagodzenia wciąż doskwierającego mi bólu. Połknęłam jedną tabletkę i wzięłam łyk wody, by nie utknęła mi gdzieś w przełyku.
-Witam śpiocha-zaśmiała się w moją stronę współlokatorka i nałożyła mi na talerz pysznie wyglądający posiłek.
-Siedem dni w Bełchatowie,a ty już robisz mi takie rarytasy?-spojrzałam na nią spod byka i usiadłam przy stole.-Czy aby ktoś mi nie podmienił przyjaciółki?
-Ciesz się, póki możesz-dosiadła się do mnie i w ciszy zajadałyśmy.
Uwielbiałam ją i traktowałam jak siostrę. Być może i zapełniała pewną pustkę w moim sercu. Mimo wszystko była ze mną od początku, zawsze znajdowała się blisko, gdy ją potrzebowałam, nigdy mnie nie opuściła, za co będę jej wdzięczna do końca życia. Była jedyną osobą, przed którą najczęściej się otwierałam wiedząc, że mogę liczyć na jej rady. Nie głaskała po główce, gdy robiłam coś źle, wręcz przeciwnie, nie tolerowała tego.
-Zrobisz zakupy po pracy?-uśmiechnęła się zabierając puste naczynia, po czym włożyła je do zmywarki.
-Postaram się-odparłam i udałam się do sypialni.
Po długim namyśle wyjęłam z szafy idealną stylizację (link). Wzięłam błyskawiczny prysznic, przebrałam się, pomalowałam delikatnie, a swoje długie kasztanowe włosy związałam w wysokiego koczka.
-Posprzątaj tu!-krzyknęłam na odchodne do przyjaciółki.
Narzuciłam na siebie płaszczyk, szyję owinęłam czarnym szalikiem i wyszłam z mieszkania. Od razu dostałam mocny podmuch chłodnego powietrza, więc poprawiłam apaszkę w taki sposób, że zakryła pół mojej twarzy. Z każdym kolejnym krokiem było mi coraz zimniej, czułam jak me palce zamarzają. Pomacałam kieszenie, z nadzieją, że znajdę w nich rękawiczki. Niestety, nadzieja matką głupich. Westchnęłam poirytowana swą lekkomyślnością i ruszyłam dalej bełchatowskimi uliczkami.
Ku mojemu szczęściu w szpitalu byłam już po dziesięciu minutach, czyli szybciej niż zawsze. Zazwyczaj zachodziłam jeszcze do kawiarni za rogiem po kawałek mego ulubionego sernika i kubek gorącej czekolady. Tym razem jednak, jak najszybciej chciałam się znaleźć w budynku tak bardzo znienawidzonym przez chore dzieci, muszące spędzać w nim połowę swojego życia. Otworzyłam z trudem wielkie, szklane drzwi i weszłam do środku. Całe me ciało ogarnęło ciepło bijące z każdej ze ścian. Poruszałam palcami i odetchnęłam z ulgą, gdyż zaczynałam odzyskiwać w nich czucie.
-Dzień dobry-posłałam serdeczny uśmiech recepcjonistce i pognałam do odpowiedniego pokoju.
Zdjęłam zbędne ubrania i powiesiłam je na wieszaku, po czym założyłam swój biały fartuch. Podążyłam wzrokiem po gabinecie, sprawdzając czy wszystko jest na swoim miejscu. Na prawo od wejścia stał lazurowy stolik, przy którym siedziała Kamila, nosem w laptopie. Na ścianach wisiały różne plakaty zachęcające do badań na raka oraz szczepień. Ogólnie całe pomieszczenie można by wielkością porównać do łazienek w kinie. Jedyną rzeczą, która przykuwała największą uwagę, był dużych rozmiarów kaktus położony na parapecie przy oknie.
-Czeka cię dziś dużo pracy-powiedziała ordynator i położyła na ladzie stertę różnych kartek.-Jak skończysz, daj znać.
Posłałam jej krzywy uśmiech i wzięłam się do pracy. O to minusy bycia stażystką, panno Blanko. Zawsze odwalasz papierkową robotę i musisz znosić zadzieranie nosa tych o wiele lepszych od ciebie. Żyć, nie umierać.
Jednak nadzwyczajnie szybko uporałam się z tym wszystkim, bo już w dwie godziny. Spojrzałam na zegarek, wybiła godzina 12. Pora na deser-pomyślałam i wyszłam z pomieszczenia kierując się ku stołówce.
-Dzień dobry, śliczna!-usłyszałam za sobą znajomy głos i ktoś po chwili zasłonił mi rękoma oczy.
-Paweł, zabieraj te łapska!-zaśmiałam się głośno spychając jego dłonie z twarzy.
-Jak zawsze przemiła-mrugnął okiem i dotrzymał mi kroku.
Wybraliśmy się razem do baru i zamówiliśmy po dwa kawałki szarlotki oraz ciemny napój. Usiedliśmy przy jednym z drewnianych stolików. Rozmawialiśmy na różne tematy, choć głównie to on mówił, a ja słuchałam, bowiem uwielbiał być w centrum uwagi, w przeciwieństwie do mnie.
-Mam pytanie-spoważniał odkładając kubek z kawą.
-Jakie?-zaciekawiłam się i schowałam niesforny kosmyk włosów za ucho.
-Czy zechciałabyś ze mną pójść na ślub mojej siostry?-spytał po chwili bawiąc się palcami u ręki.
Zauważyłam, że strasznie się denerwował. Sama nie mogłam ukryć zdziwienia jego propozycją. Zawsze byliśmy tylko znajomymi z fachu i nie miałam zamiaru zmieniać tych relacji.
-Po prostu nie mam z kim iść-wzruszył ramionami. -Obiecuję, że nawet nie spróbuje cie dotknąć, choćby mój testosteron brał górę-uniósł ręce w geście obrony.
Parsknęłam śmiechem i pokiwałam twierdząco głową, co oznaczało, że się zgadzam. Poderwał się błyskawicznie z krzesła i mocno mnie wyściskał. Lubiłam go, a co najważniejsze nie chciałam mu sprawiać przykrości. W końcu znaliśmy się od liceum i zawsze brylowaliśmy na tych samych falach.
-Idziemy tam jako przyjaciele-pogroziłam mu palcem.-Relacje czysto koleżeńskie.
-Ma się rozumieć-pokazał szereg swoich zębów, wrócił na miejsce i zajął się konsumowaniem pozostałości z ciasta.
Po chwili przeprosiłam go, że nie dotrzymam mu dłużej towarzystwa i wytłumaczyłam, że natłok pracy nie pozwala mi na wieczne, bezczynne siedzenie.
Przechodząc obok sali operacyjnej, moją uwagę przykuł pewien wysoki mężczyzna o nienagannej posturze. Stał załamany, uderzając ręką o wyblakłą ścianę. Przez ułamek sekundy zrobiło mi się go szkoda. Do czasu, gdy poczułam mocne szarpnięcie za ramię.
-Może pani mi powie, co tu się wyrabia?!- odwróciłam się natychmiast i utkwiłam zdezorientowany wzrok w brunecie, któremu kilka sekund temu współczułam. Mimo swoich okazałych 170 cm wzrostu musiałam mocno odchylić głowę, by spojrzeć mu w oczy.
-Przepraszam bardzo, a o co chodzi?- wydukałam.
-Jeszcze się pani pyta? Jak zwykle, nikt nie poinformowany w tym cholernym szpitalu-prychnął, dalej trzymając się kurczowo mojej ręki. -Mój syn od 2 godzin walczy o życie, a nikt mi nie chce powiedzieć, co się z nim dzieje!
-Rozumiem-przybrałam poważny wyraz twarzy. -Ja tutaj jestem tylko stażystką, ale oczywiście jak skończy się operacja, to wszystko pan będzie wiedział.
-Gówniane gadanie-warknął zdenerwowany. -Twoim zasranym obowiązkiem jest udzielenie mi odpowiedzi na pytania o moim dziecku.
-Proszę pana już mówiłam, że nic teraz nie można zrobić, tylko czekać i być dobrej myśli-uśmiechnęłam się nikle i położyłam rękę na jego ramieniu, w celu dodania mu otuchy.
Nie za bardzo wiedziałam, jak mam się zachować w takiej sytuacji. Dużo razy mówiono mi co zrobić, powiedzieć, jakiego banalnego zdania użyć, by uspokoić bliskich. Jednak nigdy nie popierałam tego typu rozwiązań. Dlaczego miałam poinformować kogoś, że wszystko będzie dobrze, skoro nie byłam tego pewna? Nie wiedziałam co się stanie, nic nie wiedziałam. Mogłam tylko gdybać i zastanawiać się.
Podeszłam do butli z mineralną wodą, wyjęłam jeden z plastikowych kubeczków i wypełniłam go do połowy.
-Była kiedyś pani na moim miejscu?-pokiwałam przecząco głową. -Więc nie ma pani pojęcia jak się teraz czuje-wpatrywał się we mnie przez pewien czas.
Dopiero pod jego intensywnym spojrzeniem zauważyłam jakie miał przepiękne anielskie, błękitne tęczówki.
-Owszem-odetchnęłam głęboko i wysunęłam w jego stronę kubek. -Niech się pan napije, to ukoi nerwy.
-Jestem bardzo spokojnym człowiekiem-prychnął wymachując przy tym dłonią, przez co trafił w sam przedmiot.
Podskoczyłam ze strachu, lecz nie uniknęłam bliskiego spotkania z cieczą. Jęknęłam głośno dotykając wielkiej plamy na swojej nowej bluzce. Zamknęłam oczy, by się uspokoić.
-To nie było specjalnie-mruknął skruszony.
Wyjął z kieszeni paczkę chusteczek higienicznych i podszedł bliżej chcąc zetrzeć zabrudzenie. Zgromiłam go wzrokiem i wręcz wyrwałam z jego ręki owy materiał. Kretyn, kretyn, kretyn-pomyślałam.
Ominęłam go i zmierzałam ku schodom prowadzącym do mojego gabinetu, lecz skutecznie uniemożliwił mi drogę. Powoli jego zachowanie zaczynało mnie irytować, a nerwy sięgały apogeum.
-Muszę już iść-uniosłam sztucznie kąciki ust ku górze.
-Jak zwykle-warknął. -Pieprzeni tchórze. Zarabiacie na czyimś nieszczęściu.
-Mam dość tej bezsensownej rozmowy-odepchnęłam go lekko. -Nie masz pojęcia, jak to jest pracować w tym zawodzie. Za każdym razem musisz liczyć się z tym, że mimo twoich starań, ktoś może umrzeć. Choćbyś nie wiadomo jak bardzo chciał. Połowa osób będzie ci dziękować, za uratowanie życia, a druga połowa nienawidzić i nie masz na to jakiegokolwiek wpływu. My nie posiadamy żadnych boskich mocy. Staramy się tylko pomóc ludziom.
Odeszłam zostawiając go w niemałym osłupieniu.
__________________________________________________
Święta, święta i po świętach. :'(
Chwalić się, co tam dostałyście. Może jakieś siatkarskie podarunki? :D
Co do rozdziału.
Mi osobiście średnio się podoba, ale ocenianie zostawiam Wam. Następne będę dłuższe :)
Spodziewał się ktoś takiego spotkania Michała i Blanki?Winiar taki trochę w negatywnym świetle.
Pozdrawiam! ;*
-Witam śpiocha-zaśmiała się w moją stronę współlokatorka i nałożyła mi na talerz pysznie wyglądający posiłek.
-Siedem dni w Bełchatowie,a ty już robisz mi takie rarytasy?-spojrzałam na nią spod byka i usiadłam przy stole.-Czy aby ktoś mi nie podmienił przyjaciółki?
-Ciesz się, póki możesz-dosiadła się do mnie i w ciszy zajadałyśmy.
Uwielbiałam ją i traktowałam jak siostrę. Być może i zapełniała pewną pustkę w moim sercu. Mimo wszystko była ze mną od początku, zawsze znajdowała się blisko, gdy ją potrzebowałam, nigdy mnie nie opuściła, za co będę jej wdzięczna do końca życia. Była jedyną osobą, przed którą najczęściej się otwierałam wiedząc, że mogę liczyć na jej rady. Nie głaskała po główce, gdy robiłam coś źle, wręcz przeciwnie, nie tolerowała tego.
-Zrobisz zakupy po pracy?-uśmiechnęła się zabierając puste naczynia, po czym włożyła je do zmywarki.
-Postaram się-odparłam i udałam się do sypialni.
Po długim namyśle wyjęłam z szafy idealną stylizację (link). Wzięłam błyskawiczny prysznic, przebrałam się, pomalowałam delikatnie, a swoje długie kasztanowe włosy związałam w wysokiego koczka.
-Posprzątaj tu!-krzyknęłam na odchodne do przyjaciółki.
Narzuciłam na siebie płaszczyk, szyję owinęłam czarnym szalikiem i wyszłam z mieszkania. Od razu dostałam mocny podmuch chłodnego powietrza, więc poprawiłam apaszkę w taki sposób, że zakryła pół mojej twarzy. Z każdym kolejnym krokiem było mi coraz zimniej, czułam jak me palce zamarzają. Pomacałam kieszenie, z nadzieją, że znajdę w nich rękawiczki. Niestety, nadzieja matką głupich. Westchnęłam poirytowana swą lekkomyślnością i ruszyłam dalej bełchatowskimi uliczkami.
Ku mojemu szczęściu w szpitalu byłam już po dziesięciu minutach, czyli szybciej niż zawsze. Zazwyczaj zachodziłam jeszcze do kawiarni za rogiem po kawałek mego ulubionego sernika i kubek gorącej czekolady. Tym razem jednak, jak najszybciej chciałam się znaleźć w budynku tak bardzo znienawidzonym przez chore dzieci, muszące spędzać w nim połowę swojego życia. Otworzyłam z trudem wielkie, szklane drzwi i weszłam do środku. Całe me ciało ogarnęło ciepło bijące z każdej ze ścian. Poruszałam palcami i odetchnęłam z ulgą, gdyż zaczynałam odzyskiwać w nich czucie.
-Dzień dobry-posłałam serdeczny uśmiech recepcjonistce i pognałam do odpowiedniego pokoju.
Zdjęłam zbędne ubrania i powiesiłam je na wieszaku, po czym założyłam swój biały fartuch. Podążyłam wzrokiem po gabinecie, sprawdzając czy wszystko jest na swoim miejscu. Na prawo od wejścia stał lazurowy stolik, przy którym siedziała Kamila, nosem w laptopie. Na ścianach wisiały różne plakaty zachęcające do badań na raka oraz szczepień. Ogólnie całe pomieszczenie można by wielkością porównać do łazienek w kinie. Jedyną rzeczą, która przykuwała największą uwagę, był dużych rozmiarów kaktus położony na parapecie przy oknie.
-Czeka cię dziś dużo pracy-powiedziała ordynator i położyła na ladzie stertę różnych kartek.-Jak skończysz, daj znać.
Posłałam jej krzywy uśmiech i wzięłam się do pracy. O to minusy bycia stażystką, panno Blanko. Zawsze odwalasz papierkową robotę i musisz znosić zadzieranie nosa tych o wiele lepszych od ciebie. Żyć, nie umierać.
Jednak nadzwyczajnie szybko uporałam się z tym wszystkim, bo już w dwie godziny. Spojrzałam na zegarek, wybiła godzina 12. Pora na deser-pomyślałam i wyszłam z pomieszczenia kierując się ku stołówce.
-Dzień dobry, śliczna!-usłyszałam za sobą znajomy głos i ktoś po chwili zasłonił mi rękoma oczy.
-Paweł, zabieraj te łapska!-zaśmiałam się głośno spychając jego dłonie z twarzy.
-Jak zawsze przemiła-mrugnął okiem i dotrzymał mi kroku.
Wybraliśmy się razem do baru i zamówiliśmy po dwa kawałki szarlotki oraz ciemny napój. Usiedliśmy przy jednym z drewnianych stolików. Rozmawialiśmy na różne tematy, choć głównie to on mówił, a ja słuchałam, bowiem uwielbiał być w centrum uwagi, w przeciwieństwie do mnie.
-Mam pytanie-spoważniał odkładając kubek z kawą.
-Jakie?-zaciekawiłam się i schowałam niesforny kosmyk włosów za ucho.
-Czy zechciałabyś ze mną pójść na ślub mojej siostry?-spytał po chwili bawiąc się palcami u ręki.
Zauważyłam, że strasznie się denerwował. Sama nie mogłam ukryć zdziwienia jego propozycją. Zawsze byliśmy tylko znajomymi z fachu i nie miałam zamiaru zmieniać tych relacji.
-Po prostu nie mam z kim iść-wzruszył ramionami. -Obiecuję, że nawet nie spróbuje cie dotknąć, choćby mój testosteron brał górę-uniósł ręce w geście obrony.
Parsknęłam śmiechem i pokiwałam twierdząco głową, co oznaczało, że się zgadzam. Poderwał się błyskawicznie z krzesła i mocno mnie wyściskał. Lubiłam go, a co najważniejsze nie chciałam mu sprawiać przykrości. W końcu znaliśmy się od liceum i zawsze brylowaliśmy na tych samych falach.
-Idziemy tam jako przyjaciele-pogroziłam mu palcem.-Relacje czysto koleżeńskie.
-Ma się rozumieć-pokazał szereg swoich zębów, wrócił na miejsce i zajął się konsumowaniem pozostałości z ciasta.
Po chwili przeprosiłam go, że nie dotrzymam mu dłużej towarzystwa i wytłumaczyłam, że natłok pracy nie pozwala mi na wieczne, bezczynne siedzenie.
Przechodząc obok sali operacyjnej, moją uwagę przykuł pewien wysoki mężczyzna o nienagannej posturze. Stał załamany, uderzając ręką o wyblakłą ścianę. Przez ułamek sekundy zrobiło mi się go szkoda. Do czasu, gdy poczułam mocne szarpnięcie za ramię.
-Może pani mi powie, co tu się wyrabia?!- odwróciłam się natychmiast i utkwiłam zdezorientowany wzrok w brunecie, któremu kilka sekund temu współczułam. Mimo swoich okazałych 170 cm wzrostu musiałam mocno odchylić głowę, by spojrzeć mu w oczy.
-Przepraszam bardzo, a o co chodzi?- wydukałam.
-Jeszcze się pani pyta? Jak zwykle, nikt nie poinformowany w tym cholernym szpitalu-prychnął, dalej trzymając się kurczowo mojej ręki. -Mój syn od 2 godzin walczy o życie, a nikt mi nie chce powiedzieć, co się z nim dzieje!
-Rozumiem-przybrałam poważny wyraz twarzy. -Ja tutaj jestem tylko stażystką, ale oczywiście jak skończy się operacja, to wszystko pan będzie wiedział.
-Gówniane gadanie-warknął zdenerwowany. -Twoim zasranym obowiązkiem jest udzielenie mi odpowiedzi na pytania o moim dziecku.
-Proszę pana już mówiłam, że nic teraz nie można zrobić, tylko czekać i być dobrej myśli-uśmiechnęłam się nikle i położyłam rękę na jego ramieniu, w celu dodania mu otuchy.
Nie za bardzo wiedziałam, jak mam się zachować w takiej sytuacji. Dużo razy mówiono mi co zrobić, powiedzieć, jakiego banalnego zdania użyć, by uspokoić bliskich. Jednak nigdy nie popierałam tego typu rozwiązań. Dlaczego miałam poinformować kogoś, że wszystko będzie dobrze, skoro nie byłam tego pewna? Nie wiedziałam co się stanie, nic nie wiedziałam. Mogłam tylko gdybać i zastanawiać się.
Podeszłam do butli z mineralną wodą, wyjęłam jeden z plastikowych kubeczków i wypełniłam go do połowy.
-Była kiedyś pani na moim miejscu?-pokiwałam przecząco głową. -Więc nie ma pani pojęcia jak się teraz czuje-wpatrywał się we mnie przez pewien czas.
Dopiero pod jego intensywnym spojrzeniem zauważyłam jakie miał przepiękne anielskie, błękitne tęczówki.
-Owszem-odetchnęłam głęboko i wysunęłam w jego stronę kubek. -Niech się pan napije, to ukoi nerwy.
-Jestem bardzo spokojnym człowiekiem-prychnął wymachując przy tym dłonią, przez co trafił w sam przedmiot.
Podskoczyłam ze strachu, lecz nie uniknęłam bliskiego spotkania z cieczą. Jęknęłam głośno dotykając wielkiej plamy na swojej nowej bluzce. Zamknęłam oczy, by się uspokoić.
-To nie było specjalnie-mruknął skruszony.
Wyjął z kieszeni paczkę chusteczek higienicznych i podszedł bliżej chcąc zetrzeć zabrudzenie. Zgromiłam go wzrokiem i wręcz wyrwałam z jego ręki owy materiał. Kretyn, kretyn, kretyn-pomyślałam.
Ominęłam go i zmierzałam ku schodom prowadzącym do mojego gabinetu, lecz skutecznie uniemożliwił mi drogę. Powoli jego zachowanie zaczynało mnie irytować, a nerwy sięgały apogeum.
-Muszę już iść-uniosłam sztucznie kąciki ust ku górze.
-Jak zwykle-warknął. -Pieprzeni tchórze. Zarabiacie na czyimś nieszczęściu.
-Mam dość tej bezsensownej rozmowy-odepchnęłam go lekko. -Nie masz pojęcia, jak to jest pracować w tym zawodzie. Za każdym razem musisz liczyć się z tym, że mimo twoich starań, ktoś może umrzeć. Choćbyś nie wiadomo jak bardzo chciał. Połowa osób będzie ci dziękować, za uratowanie życia, a druga połowa nienawidzić i nie masz na to jakiegokolwiek wpływu. My nie posiadamy żadnych boskich mocy. Staramy się tylko pomóc ludziom.
Odeszłam zostawiając go w niemałym osłupieniu.
__________________________________________________
Święta, święta i po świętach. :'(
Chwalić się, co tam dostałyście. Może jakieś siatkarskie podarunki? :D
Co do rozdziału.
Mi osobiście średnio się podoba, ale ocenianie zostawiam Wam. Następne będę dłuższe :)
Spodziewał się ktoś takiego spotkania Michała i Blanki?
Pozdrawiam! ;*
sobota, 20 grudnia 2014
PROLOG
Ona:
24-letnia świeżo upieczona lekarka, odbywająca obowiązkowy staż w Bełchatowskim szpitalu.
Pesymistka, zazwyczaj widząca wszystko w ciemnych, bezbarwnych kolorach. Nie wierzy w przeznaczenia, czy 'miłość od pierwszego wejrzenia'. Jej każdy dzień jest zwykle zaplanowany do ostatniej godziny, jak i całe dotychczasowe życie. Zamieszkuje wraz ze swoją najlepszą przyjaciółką od dziecka, jeden z ponurych, zaniedbanych bloków.
Uzdolniona muzycznie piosenkarka. Najczęściej grywa w sobotnie wieczory, w knajpie pełnej obrzydliwych facetów śliniących się na jej widok. Gdzieś głęboko w duszy zawsze pragnęła być sławna i rozpoznawalna na między narodowych arenach. Jednak Bóg napisał jej inną historię.
Skrywająca pewną przerażającą tajemnicę z przeszłości. Na zewnątrz poważna, nieugięta, dojrzała kobieta, ale w środku tak naprawdę jest wrażliwą, nieumiejącą sobie poradzić z problemami dziewczyną.
On:
26-letni spełniony zawodowo siatkarz, grający na pozycji przyjmującego w PGE Skrze Bełchatów.
Od ponad trzech miesięcy Mistrz Świata. Siatkówka jest jego drugą miłością. To dla niej porzucił wszystko i oddał jej się cały. Optymista, widzący zazwyczaj świat przez różowe okulary i potrafiący wszystko obrócić w żart. Z każdą poznaną osobą łapie niesamowity kontakt. Jest najbardziej lubiany wśród kolegów z drużyny. Osoba, której nie da się nie lubić.
Obiekt westchnień milionów Polek. Szczęśliwy mąż oraz ojciec 3-letniego synka. Wiedzie spokojne, wręcz można by rzec, że idealne życie. Nie brakuje mu niczego.
Kocha swoją rodzinę najmocniej na świecie i nie wyobraża sobie życia bez niej. Potrafi być romantyczny, uczuciowy,a ponadto stanowczy i dążący do upragnionego celu.
Razem:
Dwie przeróżne osoby o odmiennych charakterach, innych planach na przyszłość. Czy będą w stanie się dogadać? Czy znajdą choć jeden wspólny temat? Czy z przypadkowego spotkania przerodzi się prawdziwa, gorąca miłość? A może jednak zapomną o sobie i już nigdy więcej się nie spotkają?
W końcu każde z nich ma swoje życie.
_______________________________________________________________________________
Obiekt westchnień milionów Polek. Szczęśliwy mąż oraz ojciec 3-letniego synka. Wiedzie spokojne, wręcz można by rzec, że idealne życie. Nie brakuje mu niczego.
Kocha swoją rodzinę najmocniej na świecie i nie wyobraża sobie życia bez niej. Potrafi być romantyczny, uczuciowy,a ponadto stanowczy i dążący do upragnionego celu.
Razem:
Dwie przeróżne osoby o odmiennych charakterach, innych planach na przyszłość. Czy będą w stanie się dogadać? Czy znajdą choć jeden wspólny temat? Czy z przypadkowego spotkania przerodzi się prawdziwa, gorąca miłość? A może jednak zapomną o sobie i już nigdy więcej się nie spotkają?
W końcu każde z nich ma swoje życie.
_______________________________________________________________________________
Hej Kochani!
Powracam z nowością. Mam nadzieję,że Wam się spodoba :)
Co do tamtego opowiadania z Kubiakiem w roli głównej, to mam nadzieję, że będę w stanie go dokończyć.
Kiedy? Czas pokaże.
Na potrzeby bloga, musiałam Michała troszkę odmłodzić :)
Nie wiem, czy uda mi się dodać pierwszy rozdział przed świętami, więc chciałabym życzyć wszystkim: Wesołych, spędzonych w gronie rodzinnym, świąt Bożego Narodzenia oraz Szczęśliwego Nowego Roku.
Pozdrawiam, trzymajcie się cieplutko!;*
Subskrybuj:
Posty (Atom)

